Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2013

Anioł cz. I


     Wstawiła walizki i rozejrzała się po wnętrzu. Mieszkanie w starej kamienicy wymagało remontu i generalnych porządków. Na suficie była wielka, żółta plama, pod kaloryferem, z którego kapała woda stało kilka wiader.
     – Pięknie – mruknęła i podeszła do okna. Odsunęła zasłonkę. Widok nie zachwycał. Wąska uliczka kryła się we mgle, przy śmietnikach wolnym krokiem spacerowały koty, a hulający w zaułkach unosił skrawki papieru i suche liście.
     Ana z kwaśną miną odeszła od okna. To może nie najlepsze lokum, ale na razie powinno wystarczyć. To tylko staż. Rok, może półtora, po którym znajdzie pracę w szpitalu w centrum z dala od tego brudu.
     – Za jakie grzechy – powiedziała na głos i podniosła oczy w górę. – Panie Boże, jeżeli istniejesz, odpowiedz mi teraz dlaczego Lisa ma w życiu takie szczęście, a ja takiego cholernego pecha?
     W mieszkaniu panowała cisza zakłócana jedynie stłumionymi odgłosami ulicy. Zaczynało się ściemniać. Powietrze przybrało barwę popiołu i zapach nocy. Ana z westchnieniem opuściła głowę i podeszła do okna, by je zasłonić. Po długiej nocy czekał ją długi i męczący dzień.

***

     Ana powoli otworzyła oczy. W pokoju było szaro, co wskazywało na to, że prawdopodobnie zaspała. Normalnie o szóstej rano powinno być jeszcze zupełnie ciemno. Westchnęła cicho naciągając kołdrę po samą brodę i wymacała pod poduszką komórkę. Urządzenie, które trzymane blisko głowy wysyłało fale szkodliwe dla mózgu, wskazywało, że jest zaledwie kilka minut później niż godzina, o której zwykła wstawać. Rozczarowana, że nie może olać wszystkiego z powodu spóźnienia, Ana wstała i natychmiast poczuła na plecach dreszcz zimna. Na palcach podeszła do okna.
     Ulica pokryta była w całości cienką warstewką białego puchu, którego nie podeptał jeszcze żaden przechodzień. Co najwyżej w poprzek chodnika przebiegł kot. Śnieg w październiku powinna potraktować jak anomalię pogodową, jednak Ana wiedziała, że w życiu czekają na nią same rozczarowania i nie zdziwiła się ani troszeczkę. Podobno ktoś kiedyś powiedział, że jesteśmy młodzi, póki coś jeszcze jest w stanie nas zdziwić. Ana miała dwadzieścia siedem lat i czuła się jak wynędzniała staruszka.
     Samotność wykańcza bardziej niż cokolwiek innego. Jedynymi ludźmi, z którymi rozmawiała Ana byli lekarze w szpitalu i niektórzy pacjenci. Najczęściej jednak mówiła do siebie, albo rozmawiała przez Internet z tymi biednymi, zagubionymi w sieci duchami bez życia. Bo kto przesiaduje online cały dzień? Chyba trzeba być uwięzionym we własnym domu.
     Ana odkręciła kaloryfer na „max” i zaczęła rozglądać się po pokoju w poszukiwaniu czegoś do ubrania. Była wielka bałaganiarą. Dosłownie w każdym kącie obskurnej klitki, którą wynajmowała można było znaleźć część garderoby. Podobnie było z kosmetykami, ozdobami do włosów, długopisami i innymi przyborami codziennego użytku. W stojących na każdej płaskiej powierzchni kubkach tkwiły niedopite resztki kawy, herbaty czy gorącej czekolady, a papierki po batonikach pokrywały podłogę.
     – Cholera – zaklęła Ana pod nosem znajdując rajstopy, które okazały się mieć ogromne oczko.  
Podniosła z dywanu biustonosz i spodnie i zwinnie pobiegła do łazienki.

***

     Zwyczajny dzień Anny składał się z małych elementów rzeczywistości. Główną osią, wokół której się zbierały był dyżur w szpitalu. Inne, to jakaś zjedzona na szybko kanapka, ordynator stojący w progu dyżurki i sypiący sprośne dowcipy, pożerający ją wzrokiem kolega z nierówno zawiązanym krawatem, pacjenci o smutnych spojrzeniach, jakiś dziwny przypadek, boląca głowa i chwila odpoczynku w łazience.
     Kobieta oparła dłonie o zimną umywalkę i spojrzała w lustro. Czekoladowe oczy patrzyły na nią spod firanki długich rzęs, a z upiętego z tyłu głowy luźnego koka wysypało się kilka kosmyków kasztanowych loków, które teraz niczym nie powstrzymane lepiły się do mokrej twarzy.
Ana zakręciła wodę i otarła czoło wierzchem dłoni, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi.
     – Już idę – krzyknęła rzucając ostatnie spojrzenie na swoje odbicie w lustrze. Zmuszona była wyjść z łazienki, która jest najbezpieczniejszą kryjówką i najspokojniejszą oazą jaką mogłaby sobie wyobrazić.
     Po południu miała trochę czasu na kawę, potem obchód, telewizja, walka ze snem, znowu nagłe przypadki. Wracała do domu nad ranem. W pustym mieszkaniu czekały na nią jedynie skrzypiące deski. Bała się po nich stąpać w obawie, że rozsypią się w drobny mak, a ona – Ana, wpadnie w wir zasysający wszystko z powierzchni ziemi. Tak. Ana wierzyła, że apokalipsa rozpocznie się właśnie w jej mieszkaniu.
     Mieszkanie Any było małe, ukryte gdzieś w starym zaułku dużego miasta. Latem ledwo docierała tam nikła ilość promieni słonecznych, jakby te niechętnie skradały się przez zanieczyszczone, szare i ciężkie powietrze pachnące nędzą i pośpiechem. Jakby nawet Bóg brzydził się dotykać tej dzielnicy.
     Wąska uliczka otoczona była szarymi blokami, pomiędzy którymi kręciły się bezpańskie koty. Pełno kotów. I śmieci. Ana szła szybkim krokiem otulając się szczelniej cieniutkim sweterkiem. Poprzedniego dnia pogoda była znośna, ale poranek okazał się lodowaty. Ana powzięła postanowienie, by zacząć nosić kurtkę. Odgłos jej kroków niósł się echem w ciasnej uliczce. Co chwilę zerkała przez ramię na drugi koniec tonącego we mgle zaułka, by sprawdzić czy nie idzie za nią jakiś diabeł. I tak nie miałaby szans na ucieczkę.
     Diabłem według Any był każdy, kto mógł uczynić zło. Ludzie to diabły. Nawet sama Ana była diablicą, choć chwilami powątpiewała w tę tezę. Nie była w stanie nikogo skrzywdzić.
     Kobieta dotarła w końcu do starych, wąskich drzwi ukrytych pomiędzy śmietnikami. Było to jej zdaniem bezpieczniejsze, choć bardziej mroczne i ponure, wejście do kamienicy. Po drugiej stronie czaiło się mnóstwo przerośniętych nastolatków z nożami w kieszeniach. Tutaj tylko jakieś duchy. Ana otworzyła małą torebkę w poszukiwaniu klucza i usłyszała kroki.
    Okrywając się najszczelniej jak zdołała, przemknęła w porannej mgle do złowrogiego, niebieskiego kontenera za którym mogła się ukryć. Po zaułku wędrowały suche liście, foliowe worki i papiery zagnane tam przez wiatr z całej okolicy. Żadnego demona. Nagle Annie wydało się, że jeden z suchych liści spogląda na nią małymi, zielonymi i przestraszonymi ślepkami.
     – Ach kot – westchnęła Ana i wygramoliła się z kryjówki. – Ładnie to tak straszyć?
     Spojrzała na małą, chudą i szarą istotkę karcąco, ale w odpowiedzi zwierzątko tylko mruknęło cicho i podeszło bliżej.
    – Asio! – powiedziała Ana odganiając stworzenie, które ani myślało uciec. Mądre oczy kota patrzyły na nią, jakby chciały powiedzieć: „Co robisz kobieto? Czemu wychodzisz w taką pogodę tak lekko ubrana? Czy nie powtarzasz swoim pacjentom, że powinni nosić czapki i płaszcze, gdy jest zimno?”
     Ana jeszcze raz spojrzała na kota i zrozumiała, że jej nie wyśmiewał, nie potępiał, tylko troskliwie upominał. I miał rację. Dlatego zaczęła zastanawiać się nad nawiązaniem bliższej znajomości.
     – Masz rację – powiedziała, na co kot odpowiedział cichym pomrukiem.
     Jeszcze tego samego dnia przyniosła mu trochę chleba z pasztetem, a gdy piła popołudniową kawę, patrząc na zalany łzami świat przez szarą szybę, podjęła decyzję.
     Ana przyniosła małe, szare kociątko do mieszkania i postawiła na podłodze.
     – No ok futrzaku – powiedziała. – Od dziś mieszkamy razem. – Ja rządzę, a ty słuchasz. Rozumiesz?
     Kot spojrzał na nią mrużąc ślepia. Z wnętrza małego ciałka wydobywało się ciche mruczenie przywodzące na myśl lato i brzęczące owady.
     – Milczenie oznacza zgodę, prawda? – Przez twarz Anny przebiegł cień uśmiechu. – Skoro więc akceptujesz zasady musimy się poznać. Jestem Ana, a ty? – zmrużyła oczy. – Pewnie nie masz żadnego imienia. Muszę cię jakoś nazwać.
     – Spoko – mruknął kot. – Tylko jakieś normalne imię, dobra?
     – Bruno – powiedziała Ana dumnym głosem. – Co ty na to? W dzieciństwie oglądałam taką kreskówkę, w której głównym bohaterem był kot Bruno. Jesteś nawet podobny. - Uśmiechnęła się.
     – Może być – odparł Bruno. – To gdzie mam spać?

sobota, 19 maja 2012

DROGOWSKAZ

Znalazłam to miejsce, znaczy stworzyłam. Już nie liczę ile mam blogów... Miejsce dla mojego opowiadania ^^
Tadada tsssst...


Obudziłam się w środku nocy. Wcale nie śniło mi się nic strasznego, nie położyłam się też jakoś bardzo wcześnie ani nie znalazł się żaden inny powód tej anomalii. Zazwyczaj śpię dobrze i długo - ciężko wyciągnąć mnie z łóżka.
Noc była spokojna. Przez chwilę leżałam z zamkniętymi oczami i wsłuchiwałam się w ciszę. Gdzieś z oddali z innego pokoju dochodziło mnie tykanie zegara. Słyszałam swój własny, delikatny oddech. W końcu podniosłam powieki. Za oknem wysoko na niebie wisiał księżyc w pełni. Spoglądałam na niego jak zahipnotyzowana. Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech zadowolenia. Uwielbiam patrzyć na księżyc, szczególnie, gdy przybiera postać świetlistej, mglistej kuli.
Powoli podniosłam się z łóżka i usiadłam nie odrywając wzroku od satelity. Przeciągnęłam się i po chwili wstałam. Podeszłam do okna i nagle zapragnęłam znaleźć się jak najbliżej tego cudu natury. Polecieć i usiąść na jego pylistej, miękkiej powierzchni. Jak tam musi być spokojnie. Nie ma żadnych ludzi, którzy zakłócają spokój, żadnego wiatru głaskającego policzki i niosącego wspomnienia. Nie ma myśli. Tak, z pewnością nie ma tam myśli. Można pogrążyć się w niebycie i zapomnieć o istnieniu. Zapomnieć o problemach, o ludziach, którzy krzywdzą lub się narzucają. O własnej bezradności i niepokoju.
Nawet nie zauważyłam kiedy pogrążona w tych rozmyślaniach założyłam sweter. Pachniał mamą. To płyn do płukania, zawsze go używa. Włożyłam też kolorowe trampki i otworzyłam okno. Usłyszałam cykanie świerszczy. Cała armia muzyków skryta w trawie nadawała właśnie nocny koncert.
W pierwszej chwili zaskoczyło mnie to. Świerszcze w mieście. Zupełnie zapomniałam, że przecież nie byłam u siebie.
Domek mojego dziadka stoi w odosobnionym miejscu na skraju miejscowości, która jest zbyt duża i hałaśliwa, by nazywać ją wsią, ale też nie tak duża, by zasłużyć, moim zdaniem na miano, miasta. Uwielbiam tam jeździć. Jest to jedyne miejsce, w którym czas nie gna jak szalony. Dziadek nie ma nawet sprawnego zegara. Jedyny, stary i nakręcany korbką stoi w kuchni. Zawsze się późni. Dziadek nastawia go tylko wtedy, kiedy przyjeżdżamy.
            - Nie potrzebny mi czas, żabko – mówi – wiem, kiedy wstaje słońce, kiedy zaczyna się dzień oraz kiedy zapada zmrok. Nie muszę pracować, nie dotyczą mnie narzucone godziny. Kiedy ich nie znasz, dzień wydaje się dłuższy.
To prawda. Tam dzień był zawsze długi. Tam mogłam wypocząć. Może właśnie dlatego byłam zbyt odprężona by spać?
            Wyskoczyłam z okna prosto w wysoką trawę. Moje stopy uderzyły w podłoże wywołując głuchy stukot. Wyprostowałam się, wspięłam na palce i przymknęłam okno na ile się dało. Świerszcze ucichły.
            Na palcach skierowałam się w stronę furtki, która lekko zaskrzypiała przy otwieraniu. Poczułam się jak intruz, choć ja się nie włamywałam. Uciekałam. Kiedy zamknęłam ją z powrotem mogłam już oddychać. Miałam wrażenie, jakby powietrze po jednej i po drugiej stronie furtki różniło się. Tu było chłodniejsze, bardziej wilgotne i nasączone jakąś elektrycznością. Zupełnie jakbym dopiero teraz opuściła dom.         
Skierowałam się w stronę ulicy. Z tego miejsca drzewa zasłaniały mi niebo. Ominęłam skraj lasu, w którym rosły i stanęłam naprzeciw mojego celu. Na granatowym niebie nie było ani jednej chmurki i jedynie kilka gwiazd. Ich blask został stłumiony przez księżyc i uliczne latarnie. Zaczęłam iść wolnym krokiem w stronę świetlistej kuli zawieszonej nade mną.
Szłam i szłam nie licząc kroków ani czasu. Poczułam, że mój oddech przyspiesza i zauważyłam, że stoję na górce. Nie było widać domu dziadka. Musiałam odejść daleko. Jednak bliżej nie mogłam się znaleźć. Miałam wrażenie, że gdybym tylko podniosła ręce, mogłabym objąć nimi srebrzystą kulę. Usłyszałam szum wody i znalazłam strumyk. Był mały, ale piękny. Woda wypływała ze źródełka i wydawała się krystalicznie czysta. Na dnie było widać każdy kamyk. Księżyc odbijał się w wodzie i to odbicie migotało lekko, mieniło się delikatnie kolorami tęczy. Nie miałam pojęcia, że istnieje takie miejsce.
Przez strumyk niczym mostek przerzucona była kłoda. Lekko porośnięta mchem wydawała się granatowo-zielona. Usiadłam na niej i zaczęłam wątpić. Taka sytuacja mogła mi się jedynie przyśnić. Byłam sama w środku nocy w nieznanym miejscu i zaczynałam coraz dotkliwiej odczuwać chłód. Spojrzałam na księżyc, ale nie wydawał mi się już tak piękny jak przedtem. Był zwyczajną białawą tarczą na niebie. Nie miał w sobie nic hipnotyzującego.
Odruchowo objęłam się ramionami. Miałam na sobie jedynie krótkie spodenki od piżamy w misie oraz cienki sweterek na guziki. Zagapiłam się w wodę i poczułam senność. Miałam już wstać, kiedy usłyszałam trzask łamanej gałęzi. Nie było tam żadnego lasu. Jedynie trawa i strumyk na górce.
Odwróciłam się i zobaczyłam wysokiego chłopaka.
- Cześć – powiedział.
- Cześć.
Poczułam strach. Chłopak zatrzymał się w pewnej odległości i rozejrzał, a następnie spojrzał w moją stronę. Nie widziałam jego twarzy, gdyż padał na nią cień kaptura szarej bluzy, którą miał na sobie.
            - Jesteś sama? – spytał.
Przełknęłam ślinę.
            - Boisz się mnie?
Podszedł bliżej, a ja poczułam paraliż w całym ciele. Nawet gdybym chciała, nie byłabym w stanie uciec. Nie wiedziałabym dokąd.
            - Nie musisz, raczej nie jestem groźny – zaśmiał się. – Jak masz na imię?
            - Adrianna – powiedziałam, ale mój glos był cichy przez zaschnięte gardło. Odchrząknęłam delikatnie – Ada.
            - Kacper – wyciągnął do mnie rękę – miło mi cię poznać.
            - Nawzajem – podałam mu dłoń.
            - Co tu robisz?
            - Przyszłam… - popatrzeć na księżyc? Nie, uzna mnie za wariatkę. – Nie mogłam spać. Jestem u dziadka, mieszka tam…
            - Wiem, gdzie mieszka Twój dziadek.
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. – Znasz mnie?
            - Ciebie nie – uśmiechnął się - twojego dziadka.
Pokiwałam głową.
            - Zimno Ci – raczej stwierdził niż zapytał.
Ponownie potaknęłam. Rozpiął zamek bluzy i zdjął ją. Spod kaptura wyłoniły się średniej długości ciemne włosy i, kiedy podniósł powieki, niebieskie, błyszczące oczy.
            - Teraz mi będzie zimno – powiedział kładąc bluzę na moje ramiona.
            - Dziękuję – rzekłam.
Uśmiechnął się. – Mogę usiąść koło Ciebie?
            - Jasne.
Usiadł na kłodzie i spojrzał w niebo. – Podoba ci się to miejsce?
            - Tak, jest piękne.
            - Mi też.
            - Często tu przychodzisz?
            - Tak.
Nastąpiła chwila ciszy. On ciągle wpatrywał się w księżyc, jak wcześniej ja. Tym razem nie mogłam oderwać wzroku od jego profilu.
            - Nawet tak w nocy? – spytałam w końcu. – Dlaczego nie śpisz?
            - Nie muszę spać, nie, kiedy noc jest taka ładna.
Rozmawialiśmy o szkole, grach komputerowych, programach telewizyjnych i książkach. Omówiliśmy zagadnienia polityczne i problemy współczesnego świata. Wybiegliśmy w najbliższa przyszłość zdradzając sobie plany na studia. Zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie, o tym, jak za kilkadziesiąt lat będzie wyglądać nasze życie. Fantazjowaliśmy na temat wizji dalekiej przyszłości i życia w kosmosie. Śmialiśmy się z własnych pomysłów. Kiedy zaczęliśmy wspominać dzieciństwo czułam się, jakbym znała go od lat. Zastanawiałam się czy ma to samo wrażenie. Za każdym razem, kiedy chciałam zadać mu jakeś pytanie wyprzedał mnie odpowiadając na nie.
W pewnym momencie zapomniałam o chłodzie, o tym, że jest noc, że przyszłam tu dla księżyca, że powinnam spać, że dziadek może zacząć mnie szukać. Nie zauważyłam, że gwiazdy zniknęły, a niebo rozjaśniało. Przegadałam z nim całe życie. Bez zastanowienia zaufałam i opowiedziałam o tym, co leży mi na sercu. Tym, co je przygniata i nie pozwala mu bić. Opowiedziałam mu o tobie.
- Miłość jest dla ludzi rozsądnych i wytrzymałych – powiedział – gotowych na poświęcenie, ale jednocześnie wrażliwych i zdolnych do ponoszenia konsekwencji. Na pewno nie dla roztargnionych, którzy dają ją ludziom tego nie wartym, nie dla słabych, którzy nie potrafią go potem wywalczyć z powrotem, nie dla głupich, którzy tracąc miłość nie widzą, że wiele im jeszcze pozostało.
- Nie dla mnie – stwierdziłam ze smutkiem – miłość nie jest dla mnie.
- Jest dla ciebie – odparł. – Musisz tylko wiedzieć jak się nią posługiwać.
- Straciłam już tę szansę.
- Jeszcze nie. Będą następne. Piękne rzeczy zdarzają się zawsze wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewany. Los jest sprytny, a przy tym skąpy. Nie chce, żebyśmy dostali za dużo, więc daje nam tylko wtedy, kiedy najtrudniej nam to dostrzec.
- Tak jak mi ciebie? – spytałam.
- Nie sądzę – roześmiał się. – Mnie potraktuj jako drogowskaz. Znasz drogę, więc nie patrzysz już na znaki, ale kiedy wejdziesz w nową ścieżkę dobrze spotkać kogoś, kto pokaże ci mapę. Pokaże, ale nie odda, pamiętaj. Mapa przyda się kolejnej osobie.
Zignorowałam jego filozoficzny monolog. – Masz dziewczynę.
            - Już nie.
            - Miałeś?
            - Tak.
            - Znajdziesz następną, jestem pewna.
            - Nie, Monika była jedyna, ale to już koniec.
            - Co stało się z Moniką?
- Świta – powiedział ignorując to pytanie – lepiej wracać.
Wstałam pierwsza. W milczeniu zeszliśmy z górki.
            - Miałem taki sam problem. Kiedyś, dawno.
Nie zrozumiałam o czym mówi. To wina zmęczenia. Zaskoczyło mnie, że droga do domu dziadka okazała się być tak krótka. Kacper od razu skierował się do okna.
            - Pomóc Ci wejść?
Uśmiechnęłam się. – Skąd wiedziałeś?
            - Chodź – powiedział.
Weszłam oknem do środka i najciszej jak mogłam zeszłam na podłogę. Zdjęłam trampki.
- Spotkamy się jeszcze? – spytałam.
            - Oczywiście. Jeżeli tylko będziesz tego potrzebować.
            - Więc do zobaczenia.
            - Do zobaczenia.
            Zamknęłam okno.

            Rankiem wstałam, gdy słońce było już całkiem wysoko. Związałam włosy i spojrzałam w swoje odbicie w dużym lustrze  powieszonym na drzwiach.
            - Witaj – powiedziałam do siebie – miłego dnia.
Dziewczyna z lustra uśmiechnęła się. Widocznie chciała mi życzyć tego samego.
            W kuchni dziadek czytał gazetę.
            - Cześć, myszko – powitał mnie – późno wstałaś.
            - Nie mam zegarka – podeszłam by pocałować go w policzek.
            - Jak się spało?
            - Dobrze.
Chciałam powiedzieć mu o pięknym miejscu, które znalazłam, ale nie mogłam wyjawić, że wymknęłam się z domu. Dziadek przyglądał się mojej twarzy, na której pewnie malowała się ta pokusa.
            - Pójdę chyba na spacer – powiedziałam.
            - A śniadanie?
            - Zjem jak wrócę. Muszę zaczerpnąć powietrza.
            Wiedziałam dokąd chcę iść. Na skraju lasu skręciłam w polną ścieżkę i dotarłam do podnóża górki, na którą zaczęłam się wspinać. Słyszałam już szum strumienia, kiedy zobaczyłam kobietę. Mogła mieć około czterdziestu lat, może więcej. Miała na sobie czarną sukienkę w białe groszki sięgającą kolan a w rękach bukiet kwiatów. Nie widziała mnie. Chciałam się jakoś odezwać, ale zanim zdążyłam o tym pomyśleć nastąpiłam na gałązkę, która pękła z trzaskiem.
            Kobieta odwróciła się w moją stronę.
            - Dzień dobry – przywitałam się.
Uśmiechnęła się blado. – Dzień dobry.
Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie. Zapewne była tak samo mocno zaskoczona moją obecnością tam jak ja jej. Omiotła spojrzeniem całą moją sylwetkę, sukienkę w kwiaty, kolorowe trampki, związane w nieschludny kok włosy koloru miedzi, piegi, zielone oczy, długie ręce tak nieproporcjonalne do sylwetki i bladą skórę. Czułam przenikliwość jej wzroku, choć dosłownie po kilku sekundach skierowała go w dół.
            - Nie wiedziałam, że ktoś zna to miejsce – powiedziała po chwili. – Dzisiaj ludzie za bardzo się spieszą, by takie zauważyć.
            - To prawda. Znalazłam je przypadkiem.
            - Mój syn często tu przychodził. Pomyśleć. Nie wiedziałam nawet dokąd znika na tyle czasu. Myślałam, że szlaja się gdzieś z kolegami. Nie zgadłabym, że… - urwała. Usłyszałam zdławiony szloch.
Podbiegłam do niej, ale się zatrzymałam. Nie wiedziałam jak zareagować. Kobieta próbowała dać mi znak, że wszystko w porządku. Wskazała ręką na płaczącą wierzbę rosnącą kilka metrów dalej. Dziwne, nie zauważyłam jej wcześniej.
            Podałam jej rękę i chwyciła mnie pod ramię. Podeszłyśmy pod drzewo. Do pnia przybity był krzyż, a na podstawce do niego przytwierdzonej stał znicz. Kobieta podeszła, podniosła znicz i zapaliła zapalniczką. Z bukietu wyciągnęła czerwoną różę i włożyła ją za krzyż.
            - Nie mam wazonu – mruknęła do siebie – zapomniał o wazonie.
Udałam, że nie słyszałam słów nieprzeznaczonych dla moich uszu.
            Kobieta położyła resztę kwiatów na ziemi i zrobiła znak krzyża. Zrobiłam to samo. Uklękłam i choć nie wiedziałam za kogo się modlę, modliłam się bardzo szczerze. Pierwszy raz od bardzo dawna. Z medytacji wyrwał mnie szelest. Kobieta stała tuż przy mnie.
- Widzisz rok temu mój syn powiesił się na tym drzewie - spojrzała w górę. - Na tej grubej gałęzi, która tam leży. Mój mąż ściął ją siekierą. Tak szybko porosła mchem.
Spojrzałam na kłodę, na której wczoraj siedziałam. Rzeczywiście była jedynie dość grubą gałęzią.
            - Był takim dobrym chłopcem, wrażliwym. Całe życie było przed nim. Na nic się nie skarżył. Nikt nie wie dlaczego to zrobił.
Przeszła kilka kroków. – Podejdź tu – przywołała mnie.
Odgarnęłam zwisające gałązki i znalazłam się z drugiej strony pnia. Były na nim wyryte inicjały M.K + K.L otoczone dość koślawym sercem. Na dole ktoś dopisał „FOREVER” oraz „K.L TO WAR” Wariat?
            - Miłość – odezwała się kobieta - powinna uskrzydlać, a nie podcinać pióra. Nigdy nie trać głowy z miłości – spojrzała mi w oczy. – Choćbyś straciła serce, zachowaj głowę. Następnym razem będziesz widzieć, słyszeć i mówić co należy.
Zapadła cisza. Dotknęłam napisu na drzewie opuszkami palców i coś sobie przypomniałam. „Monika była jedyna, ale to już koniec”.
            - Przepraszam, jak pani syn miał na imię?
            - Kacper – powiedziała, a mnie coś ścisnęło w żołądku. – Bardzo lubił tu przychodzić.